Argentyńskie media mają nowy gorący temat. Sprawa Marcusa de Lozano od tygodnia nie schodzi ze świecznika. Przypomnijmy w dwóch słowach, o co chodzi.

Argentyńskie media mają nowy gorący temat. Sprawa Marcusa de Lozano od tygodnia nie schodzi ze świecznika. Przypomnijmy w dwóch słowach, o co chodzi.

Teoretycznie jest tak, że gdy wracamy w jakieś znane, aczkolwiek dawno nie odwiedzane miejsca, miasta czy miasteczka, planujemy pobyt na modłę innowacyjną; ma to być swego rodzaju eksploracja. Czasem to się udaje, wszak najpewniej jest tak, że za każdym razem idziemy za głosem serca i powodowani wrodzonym sentymentem wracamy tam, gdzie ongiś już byliśmy i jednocześnie coś sprawiło, że dane miejsce tak mocno zapadło nam w pamięć. To tajemnicza, a jednak powszechna prawidłowość.

Nazywają go dzisiaj pierwszym piórem rodzimej publicystyki. O jego teksty – ot, choćby krótki felieton – biją się obecnie najbardziej uznane krajowe tytuły prasowe. Wiele redakcji szykuje w swoich budżetach specjalną pozycję – właśnie na teksty redaktora Z.

Jest takie miejsce w Poznaniu, które nazywa się Rynek Łazarski. Usytuowane całkiem niedaleko od centrum, jest dość osobliwym zjawiskiem. Prócz tego, że nadal handluje się tam marchewką i jajkami oraz garderobą klasy C, to można tam jeszcze uświadczyć coś, co zwało się onegdaj pchlim targiem.

Włodarze – a właściwie włodarz – miasta byli dumni z tego budynku. Zaściankowa mieścina, którą od jedenastu lat rządził niepodzielnie ten sam burmistrz; opozycja zarzucała burmistrzowi i zależnej od niego Radzie marazm i brak inwestycji. Teraz jednak wyłożyli spore środki z miejskiej kasy – i tak powstał budynek, który miał być dumą władz oraz wizytówką miasta.

Wiele osób zżyma się na brać studencką. A to o to, że zamiast się uczyć przesiadują po nocnych klubach. A to, że niby skąd mają pieniądze na te nieustanne imprezy.
